Muzyka.
Muzyka. / 2008-10-09 20:46:11
Jean Michel Jarre - jest tym wykonawcą, którego słucham od samego początku lat 90-tych. Zaczęło się od kilku pirackich kaset zakupionych wtedy na targowisku. I tak zaczęła się wielka fascynacja - potrafiłem w kółko zasłuchiwać się albumami takimi jak "Magnetic Fields", "Equinoxe", "Rendez vous" czy "Oxygene".
Pojawienie się płyty "Chronologie" i kilku remixów utworów z tej płyty (oficjalnie sygnowanych nazwiskiem Jarre-a) zaczęły jednak sugerować, że Jarre idzie w kierunku muzyki techno, co troszeczkę w moich oczach osłabiło autorytet wykonawcy. Jednak pojawienie się kolejnej płyty, będącej nawiązaniem do legendarnej już płyty z 1976 roku - "Oxygene 7-13" pomogło przywrócić szacunek do artysty - słuchając płyty można było powiedzieć: "tak, to ten sam stary, dobry Jarre".
Jednak kolejne płyty Jarre rozwiały niestety wszelkie złudzenia - Jarre poszedł wybitnie w kierunku muzyki masowej i popularnej, czego zapowiedzią była płyta "Metamorphosies", a apogeum "Teo & Tea". Tytułowy kawałek z tej płyty zresztą uważam, za definitywny upadek epoki Jarre-a. Nie, żebym nie lubił muzyki dyskotekowej i klubowej - jeżeli chodzi o sam kawałek, gdyby go stworzył twórca, którego działalność opiera się na tego typu nurtach, to rzekłbym, że to dobry kawałek, jednak nie pasuje mi do tego kawałka nazwisko Jarre-a.
Jarre to również wspaniałe widowiska podczas koncertów - w dobie internetu udało mi się zdobyć nagrania video z większości największych koncertów Jarre-a. Najbardziej lubię powracać do koncertu: Paris La Defence z roku 1990, według mnie to najlepszy koncert Jarrea. Gdybym mógł cofnąć się w czasie, to chciałbym przenieść się właśnie do roku 1990 i móc na żywo obejrzeć ten koncert.
Big Cyc - w zasadzie względnie późno zainteresowałem się twórczością tego zespołu. Zaczęło się od pojawienia się płyty "Z gitarą wśród zwierząt" i kawałka "Shazza, moja miłość" - od tej pory zacząłem intensywnej zapoznawać się z dyskografią tego zespołu. Oczywiście wcześniej miałem styczność z legendarnym już programem "Lalamido, czyli porykiwania szarpidrutów" i później: "Lalamido nocą" i postaciami Skiby i Konjo-a i to także przyczyniło się do fascynacji zespołem. Jest kilka kawałków, które szczególnie sobie cenię - zarówno dotyczy to wcześniejszej twórczości zespółu jak i współczesnej. Są to m.in.: "Wielka miłość do babci klozetowej", "Nie zapomnisz nigdy", "Berlin zachodni", "Orgazm", "Jak słodko zostać świrem", "Shazza moja miłość", "Kręcimy pornola", "Guma", "Światem rządzą kobiety", "Kumple Janosika", "Homotubisie".
W swojej biografii mogę się pochwalić dwukrotnym uczestnictwem na koncertach zespołu.
The Prodigy - zamiłowanie do twórczości tej grupy przyszło w okresie, kiedy zaczęło się zamiłowanie do muzyki techno i cięższego grania. W pewnym sensie fascynacja muzyką tej grupy zaczęła się analogicznie do fascynacji Big Cyc-em - poznałem kolejną z kolei płytę: "The fat of the land" i to skłoniło mnie do zapoznania się z wcześniejszą twórczością tejże grupy. Do tej pory uwielbiam słuchać kultowych kawałków, takich jak: "No good - start the dance", "Voodoo People", "Smack My Bitch Up", "Funky shit", "Firestarter" czy też "Spitfire".
hip hop rządzi na dzielni, a nie jakieś smutne pinganie
żenada !!!
Fajne, fajne ;) Zgadzam się w 100% jeśli chodzi o JMJ.
Bilińskiego zdarza mi się czasem słuchać i lubię jego muzykę, ale powiedzmy, że jest w moim rankingu wśród tych wykonawców, których kilka utworów zdarza mi się słuchać, natomiast wyżej wymienieni to artyści, których całokształtem twórczości interesuję się
no prosze, calkiem dobry gust muzyczny, do kolekcji brakuje tylko bilinskiego
Dodaj swój komentarz